NIE MA BLOGERA BEZ HEJTERA?

by - sierpnia 02, 2016

Nie ma blogera bez hejtera?
Naprawdę tak myślicie?
Czy pisząc bloga jednocześnie daję pozwolenie obcym ludziom na ocenianie mnie?


Czy naprawdę nie ma blogera gez hejtera? Jak radzić sobie z hejtem w sieci? Czy pisanie bloga jest równoznaczne z wystawianiem się na ocenę obcych ludzi?

Jak wielu z Was - piszących bloga od niedawna, od lat czy dopiero noszących się z zamiarem napisania pierwszych słów, zastanawia się przed publikacją każdego postu?

Kiedy piszę odważniejsze teksty, które obnażają też mnie jako osobę, moje prywatne zdanie, poglądy, często dostaję pytania o to

CZY SIĘ NIE BOJĘ?

Otóż NIE. Nie boję się pisać. Nie boję się głośno mówić o tym co lubię, a czego nie, co sądzę o polityce, religii, nie boję się komentować bieżące wydarzenia, pokazywać swój styl.
Nie oznacza to, że przykre komentarze mnie nie dotykają, nie zmuszają do refleksji i zastanawiania się czy warto.



Bo mogłabym przecież wstawić kilka zdjęć z sieci, napisać parę słów o tym jak dziś pięknie świeci słońce, że ptak mi usiadł rano na tarasie i że lubię polne kwiaty. Bezpiecznie, zachowawczo, neutralnie.
Tylko wtedy to nie byłby już mój blog, mój pamiętnik i spowiednik. Piszę go od sześciu lat. Od sześciu lat otwieram tę stronę i mówię do Was 

CZEŚĆ! To ja!

Czy naprawdę nie ma blogera gez hejtera? Jak radzić sobie z hejtem w sieci? Czy pisanie bloga jest równoznaczne z wystawianiem się na ocenę obcych ludzi?

Dostajecie "na tacy" moje serce, moje myśli i przekonania. Razem z Wami buduję i remontuję dom, wyprawiam przyjęcia, piję kawę na tarasie i wyprawiam dzieci na pierwszą kolonię. Razem z Wami się Śmieję, kibicuję piłkarzom, płaczę gdy na świecie dzieje się zło. Razem z Wami głośno krzyczę w obronie praw kobiety i przypominam o istocie świąt.

Czy tym samym daję przyzwolenie na przykre uwagi, niemiłe komentarze?


Nie, nie, nie i jeszcze raz NIE.
Lubię dyskusje, lubię nawet spory - takie rzeczowe, na temat, poparte dobrą argumentacją. Czasem sprawiają, że sama potrafię spojrzeć na temat, na który mam już ukształtowaną opinię, z całkiem innej strony. To rozwija, poszerza horyzonty, sprawia, że wychodzę poza swoją strefę komfortu. Lubię, gdy krytykujecie konstruktywnie, naprowadzacie mnie na ciekawe tematy, sprawiacie, że mam nad czym myśleć.

Nie lubię jednak obrażania. Wchodzenia z butami w moje życie, oceniania mnie jako człowieka, żony czy matki na podstawie trzech zdjęć w sieci. Nie lubię komentarzy ziejących małostkowością, nienawiścią, żółcią i rozgoryczeniem.

Czy naprawdę nie ma blogera gez hejtera? Jak radzić sobie z hejtem w sieci? Czy pisanie bloga jest równoznaczne z wystawianiem się na ocenę obcych ludzi?

Skąd dziś właśnie taki teks na blogu? Przytoczę Wam historyjkę sprzed kilku dni, która dotknęła mnie do żywego - jako prawdziwy przykład.

Na facebooku pojawił się na dość znanym portalu dekoratorskim cykl zdjęć z mojego domu. Tylko zdjęcia wnętrza, żadnego tekstu pisanego o mnie. A potem posypały się komentarze.

Kiedy pokazuję wnętrze mojego domu nie musi się ono podobać każdemu. Mamy swoje gusta, upodobania, ulubione kolory, styl i dekoracje. Nie musicie pisać, że super, że fajnie, że cudownie. Gładko przełykam komentarze w stylu
"za mało koloru"
"zbyt monotonnie"
"poroże nie pasuje, jest passe"

To jest ok. To jest mój dom, w którym czuję się dobrze. Takie słowa mnie nie zabolą, nie obrażą, nie dotkną. I na takie słowa godzę się wystawiając zdjęcia moich wnętrz publicznie. 


JEDNAK!
Zauważcie jednak różnicę pomiędzy komentowaniem i wyrażaniem WŁASNYCH ODCZUĆ, a OCENIANIEM INNYCH na podstawie kilku zdjęć.



Komentarze w stylu (cytuję)

nie wiem jak można żyć w szpitalnych warunkach? Dlaczego u dzieci tez biało?Dlaczego ludzie tak boją się kolorów?

OPINIA: Autorce nie podoba się biel w domu, w porządku, luz totalny. 
OCENA: Ale zaraz potem ocenia mnie jako osobę, która boi się kolorów. 
Widzicie różnicę?

Czy taka ocena jest potrzebna? I zaraz potem czytam o tym, że w domu tej Pani jest bardzo kolorowo. To super. Czy ja piszę "w odwecie", że ma fatalny gust i nie umie łączyć kolorów? Nie. Nie znam kobiety, a nawet jeśli ma w jednym pokoju czterdzieści odcieni to mnie nic do tego. Mogę napisać, że nie lubię tylu kolorów. Opisać MOJE odczucia odnośnie wnętrza nie obrażając jej personalnie i nie wydając opinii o niej.


biel w pokojach dzieci w wieku przedszkolnym czy szkolnym kończy się ciągłym myciem ścian lub ponownym malowaniem no chyba że dziecko tylko tam śpi

Okay. Pomijając fakt, że nigdy nie zrozumiem jak biel może się bardziej brudzić niż róż na ścianie - to niemal taki fenomen jak sałatka, która musi się "przegryźć". Farba jak każda inna, można ścianę umyć, odmalować - obojętnie czy jest biała, czarna czy pomarańczowa. Po zetknięciu z brudnymi łapkami będzie tak samo brudna. 


nuda, niemal widzę jak matka mówi cały czas *nie ruszaj tego bo się pobrudzisz! *Zobacz co zrobiłeś,czyste spodnie! *dostaniesz samego wafelka,bo lodem się pobrudzisz! 

Tu nie ma oceny wnętrza. Nie ma konstruktywnej krytyki. Jest jad, niesprawiedliwa ocena i czysty hejt. Tak ja to widzę i NIE POZWOLĘ NA TO!
Czy zdjęcie dziecięcego pokoju w jakikolwiek sposób przedstawia mnie jak apodyktyczną, szurniętą matkę z wojskowym drygiem? Nie. To tylko wylanie skumulowanej żółci. Nawinęłam się akurat, mozna było zrobić przykrość. 
Idąc za ciosem powinnam karmić moje dzieci sondą prosto do żołądka w sterylnym boksie. Farby, kredki, kreda powinny być rekwirowane na progu domu i niszczone komisyjnie w ognisku na podwórku. Jak ja w ogóle chowam tam malującą wszędzie ośmiolatkę i hiperaktywnego sześciolatka? 
A mozna było napisać, że "nie odnalazłabym się w tym wnętrzu z moimi dzieciakami, bo lubimy kolory. Bałabym się, że przy białych ścianach dzieci wyrządzą więcej szkód ". Kropka. Tylko własne odczucia.


                                                                      



You May Also Like

0 comments

ETYKIETY