Wyzwanie Minimalistki - bilans

by - lutego 18, 2016

Czyli kilka kolejnych kroków na drodze do znalezienia równowagi.

Pamiętacie, jak na początku stycznia pisałam Wam TUTAJ o kolejnej edycji Wyzwania Minimalistki wraz z Kasią z bloga Simplicite
                  Tym razem miało ono dla mnie wymiar bardziej duchowy. Porządku potrzebuje bardziej moja głowa, choć ład w otoczeniu pomaga mi walczyć także z chaosem wewnątrz. To nie jest tak, że w 21 dni zmieniłam siebie, stałam się minimalistką. Chyba nigdy nią nie będę w powszechnym rozumieniu tego słowa, bo lubię otaczać się przedmiotami. Ale przekonuję się, że te przedmioty mogę wybierać staranniej, dobrze przemyśleć kolejne zakupy, zastanowić się zanim coś  "tylko" ładnego wyląduje w moim koszyku.
             Wyzwanie Minimalistki to podjęcie rękawicy, jaką rzuciła mi Kasia. Pozwoliło mi na podjęcie wysiłku, którego  zawsze unikałam. Przez czynności czysto fizyczne miałam więcej czasu na zastanowienie się nad tym, gdzie teraz jestem i dlaczego.




Dziś pora na mały bilans "zysków i strat". Wiem już na pewno, że moje wyzwanie nie trwało 21 dni. Trwa nadal.


 Co się udało:
  • mocno przebrałam i ograniczyłam liczbę ubrań i butów - zostały te, które na prawdę lubię i w których dobrze się czuję i wyglądam. Mam ochotę na większe cięcia!
  • ograniczyłam zakupy. Tak, kupiłam kilka ciuchów, ale niezbędnych i potrzebnych. przy czym mocno zaostrzyłam kryteria dbając o składy, jakość i cenę :) O tym możecie poczytać w poście "Mniej znaczy więcej" . Nie kupiłam też PRAWIE nic do domu (a to już ogromny sukces!). Prawie, bo w koszyku wylądowały potrzebne pojemniczki na przyprawy sztuk 30. Ale to była część planu, bo:
  • uporządkowałam szafki kuchenne. Dwa kartony niepotrzebnych rzeczy, rozkompletowanej zastawy, kubeczków, w których nigdy nie piłam, kolorowych miseczek, trafiły w dobre ręce. Została klasyczna biała kompletna zastawa, przyprawy opisane trafiły do słoiczków, produkty sypkie do pojemników z etykietą i datą ważności. kiedy zaglądam teraz do szuflad...no ZEN :)
  • uporządkowałam zdjęcia - tu sukces połowiczny, bo udało mi się wprawdzie posegregować i obrobić zdjęcia w wersji elektronicznej. Nadal na mój czas i uwagę czekają rodzinne archiwa w wersji tradycyjnej i zaplanowane fotoksiążki
  • rozpoczęłam analizę mojej firmy i bloga. Szukam spójności i tej harmonii, o której pisałam na początku roku.  To początek zmian, bo nie jestem zadowolona z tego co jest obecnie. O tym będzie więcej w kolejnych postach, bo chciałabym poprosić Was o pomoc!


Zmiany przychodzą powoli, to nie jest żadna rewolucja. Znacie powtarzane ciągle przez wszystkich stwierdzenie, że jeśli chce się schudnąć to nie można być na diecie? Trzeba zmienić sposób żywienia, całościowe podejście do niego, wykształcić nowe nawyki i zastąpić nimi te stare, niezdrowe. Tak jest z całym życiem. Mam wiele złych nawyków, wiele z nich już kilka razy próbowałam zmienić. Nie mogę pochwalić się spektakularnymi osiągnięciami. Nadal nie.



Co się nie udało:
  • picie 2 litrów płynów dziennie (woda, herbaty ziołowe). To nawyk, który próbuję zmienić od lat, nadal nie znalazłam na to skutecznej metody. bywa, że w pracy całymi godzinami nie mam czasu na kubek herbaty. Bo trzeba się rozbroić - czyli zdjąć słuchawki, czapkę i maskę przeciwpyłową (dlatego też często nie odbieram telefonu, bo zanim zrobię to wszystko chętni na rozmowę rezygnują :P). Pomaga ostatnio nowy termos, z którego mogę pić bezpośrednio - ma dziubek :) Mała rzecz, wielkie udogodnienie! Bo kubek się nie sprawdza, zanim zdążę go wypić to albo wystygnie, albo pokryje się warstwą drzewnego pyłu. Od lat natomiast nie pijam napojów gazowanych, od ponad roku nie używam cukru (żadnego, jeśli chcę słodko dodaję miód), sporadycznie pijam czarną herbatę zastępując ją ziołami i herbatami owocowymi. no i WCALE nie piję kawy :) Takie dziwactwo! Małymi kroczkami do celu
  • Słodycze. Ech. W sumie, udało się w czasie wyzwania - cały styczeń pozwolenie na słodycze raz w tygodniu. Gorzej jest teraz. po zimowych feriach i folgowaniu sobie tamże znów zaczęłam podjadać!
  • Gniew. Szybko wpadam w gniew, ostatnio stałam się bardzo wybuchowa. Nie umiem rozładować napięcia, straszny ze mnie introwertyk i wszystko duszę w sobie. A potem wybucham. Na pewno pomaga ruch. Dwa tygodnie na nartach to była nirvana. Po powrocie znów napięcia i stres. Zrobiłam jednak kolejny krok i za mną pierwsze zajęcia jogi. Ciało boli, ale najważniejszą lekcją dla mnie była nauka oddychania, pogłębiania oddechu. 

Jak widzicie, czynności fizyczne przychodzą mi coraz łatwiej. Ograniczanie rzeczy materialnych, które mnie otaczają już nie jest tak bolesne i trudne. Najtrudniejsze w Wyzwaniu Minimalistki okazało się zmienianie nawyków i okiełznanie czy wręcz pozbycie się negatywnych emocji, które mi towarzyszą. To moje zadanie na ten rok. Szukam balansu. Szukam harmonii. Szukam spokoju. 


                                                                                                               PODPIS


You May Also Like

13 comments

ETYKIETY