2014/02/26

W rozjazdach...

To stan, w którym się znajduję...

Już wspomnieniem są ferie zimowe i cudowne bajkowe Maso Corto, ze swymi stokami, śnieżnymi czapami białym szaleństwem. Zapewnię wam bardzo obszerną relację w kolejnych postach, zdjęć mam masę, wrażeń jeszcze więcej!



Ale życie nie zwalnia i nie pozwala na przystanki. Po przyjeździe masa spraw na tablicy "do załatwienia". Ogarnięcie chaosu powyjazdowego też nie jest łatwe - prac będę zapewne do soboty :)

A już w sobotę.....




Poznańskie Targi Special Days i Gardenia ( 27.02.-1.03.2014).
Pamiętacie moją ubiegłoroczną relację? (TUTAJ i TUTAJ). 
W tym roku liczę na nowe inspiracje, całe mnóstwo inspiracji!!!


Na pewno i dla was pojawi się obszerne sprawozdanie i zdjęcia...ech, jak tu wydłużyć dobę...Jednej potrzebuję na uporządkowanie samych zdjęć...kolejnych kilku na porządki...A już na początku marca znów wyfrunę z domowego gniazdka na dłużej. 
Hasło "Chwilo trwaj" nabiera tu nowego wymiaru...biegnę więc do obowiązków z terminarzem w ręku, ciągle mając pod powieką bajeczne widoki, a Wam kochani życzę udanego tygodnia!

wasza Ana :)

2014/02/12

Good things take time

       Zamknęłam właśnie pewien bardzo ważny rozdział w moim życiu. Coś się skończyło, coś być może się zacznie. Lubię ten stan, kiedy wszystko zaczyna układać się w jedną całość. Lubię to podekscytowanie, niepewność, oczekiwanie. I zawsze wierzę, że zmiany są potrzebne - nawet jeśli czasem dają nam w kość i odbieramy je jak cios, to często z perspektywy czasu wiemy już, że były niezbędne...
Wiele jest takich zmian za mną. wiele - mam nadzieję - przede mną. I nie dzielę ich na te dobre i na te złe. Są po prostu zmianami, które są konieczne. 



     Swego czasu bardzo rozpamiętywałam swoje decyzje. Co mogłam zrobić inaczej, a może powinnam była zdawać na tamten kierunek studiów, co by było gdyby. Milion scenariuszy. Milion wersji. Ciągły niedosyt, że nie byłam wystarczająco dobra, mądra, cierpliwa, wytrwała, uparta, konsekwentna. A potem nadeszła refleksja - gdybym wtedy wybrała inny kierunek, wyjechała jak planowałam. co byłoby dziś? Co z  Marcinem, Antkiem i Matyldą - jak mogłabym choć hipotetycznie rozważać inne życie, w którym nie było by ICH? a co najważniejsze - PO CO miałabym to robić???

    Trzeba żyć chwilą, doceniać to co się ma. Nie chodzi o hurraoptymizm. Tylko o obiektywizm. Jak wielu ludzi chciałoby być na moim miejscu? Dlatego dziś staram się nie rozpamiętywać. Przeszłość to przeszłość, nie mogę jej zmienić. Za to mam wpływ na tu i teraz.

    Musicie wiedzieć, że nie należę do osób z natury spontanicznych i z reguły podjęcie ważnych decyzji wymaga u mnie czasu i dogłębnej analizy. To dobra cecha, ale potrafi utrudniać codzienność. Uczę się jak być spontaniczną, jak zdać się na los, intuicję, zaufać impulsowi i temu wewnętrznemu głosowi. "Podążając za intuicją zabierz ze sobą rozum" - to dobre określenie na postawę, jaką chciałabym przeforsować u siebie. Pozbyć się strachu, tego wewnętrznego hamulca, który szepcze "Nie rób tego! To nierozsądne! To się nie opłaci! co powiedzą inni?".
Znacie to uczucie, kiedy marzycie o czymś od bardzo dawna i sami nie pozwalacie sobie na spełnienie tego marzenia? 

"Mieć świadomość orła - a być wróblem. to jest właśnie tęsknota" 
Ryszard Bukowski




      Gdy dziś rano, zrywając kolejną kartkę z kalendarza, przeczytałam te słowa poczułam jakby były tam specjalnie dla mnie. Jestem takim wróblem. Uwikłanym w sieć "powinnam", "muszę" i "nie mogę". A przecież tak łatwo zamienić je na "chcę" "potrafię", "lubię". Trzeba zacząć od małych rzeczy i wiecie co - to działa! Sprawdzam na własnej skórze. Przeczytałam ostatnio (za nic nie potrafię sobie przypomnieć gdzie", ale chyba na jednym z blogów, że wystarczy zamienić słowa w codziennym życiu, takim prozaicznym. Zamiast mówić z miną cierpiętnicy "Ojej, już ta godzina - powinnam iść kąpać dzieciaki" mówię sobie "Ojej, pora na kąpiel. Jak ja lubię przytulać się do moich pachnących po kąpieli maluchów i te ich rechoty pod prysznicem". To proces powolny, aczkolwiek możliwy do zrealizowania. Wszystko zaczyna się i kończy w głowie. Szklanka w połowie pusta, szklanka w połowie pełna. Filozofia znana od tysiącleci. Nikt tu nie wymyśli nic mądrzejszego ponad to. Ja na pewno nie :)

Przecież nie muszę pracować - chcę to robić. Wychowywanie dzieci to nie moja powinność - to to co kocham (choć czasem dzieci tak dają mi w kość, że wyję z bezsilności - cała prawda o macierzyństwie - to nie jest bajka :) ). 

Dobre rzeczy potrzebują czasu Kochani. Potrzebują zmian. A najważniejsze zmiany - to te w naszych głowach. I nie mówię to o Alzheimerze. Ani o rzucaniu pracy. Nasze postrzeganie świata to najważniejsza zmiana - i największa - jaką możemy sobie zafundować. 



I tak oto post filozoficzny powstał. Pod wpływem kartki z kalendarza. Takie moje "słowo na niedzielę" w środowy wieczór...

Dobranoc wróbelki i orły moje kochane! Niech Wam się przyśni wymarzone życie, a potem obudźcie się i zobaczcie - że takie właśnie jest na prawdę!




2014/02/11

EAT FIT - Vol. 4 - na słodko

Dziś wpis wyjątkowy, bo słodki. Kto powiedział, że zdrowe jedzenie jest bez smaku ? Niech spróbuje pysznego ciacha, placuszków albo migdałowego mleka...Bez glutenu, bez nabiału, za to na prawdę smacznie, szybko i dla każdego :) 
Czytam ja i czytam o cukrze, o chorobach cywilizacyjnych, kandydozie, zakwaszeniu organizmu (temat na czasie - po czym poznać? Pojawiła się kolejna pigułka - cud - możesz jeść jak dotąd i tylko ją łyknij, a organizm zakwaszony nie będzie...Boszzzz...ktoś jeszcze w to wierzy?)...W każdym razie czytam i czytam i jaki wniosek się nasuwa? Skończyć z cukrem, słodyczami? ale tak już? Drastycznie? Na zawsze?

Błogosławieni ci, którzy wstręt do słodyczy posiadają wrodzony. Ja do nich nie należę. Niestety. Też ubolewam. Ja kocham słodycze. One mnie też. Znów miłość toksyczna...ech.

Więc jakie mam wyjście? Męska decyzja. CIACH. Odstawiam, rzucam, drastycznie. Jak palenie!
Uhm...daję sobie parę tygodni. To wersja mega optymistyczna (w zamierzchłych czasach wytrzymałam 40 dni - calutki Wielki Post)...

Jakaś alternatywa?

TAK!!! Słodko - ale bez cukru! Bez sztucznych barwników, ulepszaczy, poprawiaczy smaku. Bez ciężkich kremów, białej mąki. Mówicie, że się nie da? To zobaczcie :)

Obiecany z dawien dawna przepis na bezglutenowe brownie

Przepis na to ciasto znalazłam na jednym z moich ulubionych blogów kulinarnych dla alergików - smakoterapia.pl - zachęcam Was do zaglądania tam! ja czerpię garściami :)


WEGAŃSKIE CIASTO BARDZO CZEKOLADOWE

Składniki:
  • 200 g pestek dyni - u mnie 100 g dyni, 50 g słonecznika i 50 g papki migdałowej pozostałej po sporządzeniu  mleczka
  • 200 g zmielonej surowej kaszy jaglanej
  • skórka pomarańczowa do smaku
  • proszek do pieczenia bezglutenowy 2-3 łyżeczki (wydaje mi się, że można to pominąć, brownie nie należy do ciast rosnących)
  • 2 jaja (dla uczulonych na jaja 30 g zmielonego lnu złocistego)
  • syrop daktylowy / melasa z karobu / miód / zmiksowane wcześniej namoczone daktyle - do smaku - ma być słodko :)
  • karob (4 łyżki)
  • woda

Wykonanie (cytuję za Matką Smakoterapią):

"Pestki i kaszę zmiel na mąkę (każde z osobna), (w wersji na Thermomix pestki ok 5-8s/ obroty 10, kasza ok 10s/obroty 10), połącz dodaj proszek do pieczenia i wymieszaj dokładnie (jeśli wybierasz wersję bez jaj, dołóż również mielony len złocisty (Thermomix ok.5-6 sekund/obroty 10 lub dłużej)). Dodaj pokrojoną w maleńką kosteczkę skórkę pomarańczową, karob i przynajmniej kilka łyżek syropu daktylowego albo, jeszcze lepiej, melasy z karobu. Jeśli używasz jaj, dodaj je w tej chwili, najlepiej w miarę ubite (w całości) lub wodę. Jeśli używasz thermomixa po prostu dodaj wodę lub jajka do całości, włóż motylek i wymieszaj na obrotach 2 do uzyskania jednolitej o konsystencji bardzo gęstej śmietany. Całość zapiekaj w bezpiecznej formie (np szklanej) o średnicy 20-24cm. Ciasto jest niewysokie, dość mokre, smaczne i zdrowe! Piecz minimum 25 minut w temperaturze 150 stopni (termoobieg) do uzyskania porządanego efektu (ciasto pieczone dłużej min. 40 minut, będzie dość suche, zaś ok 30 minut - mokre a la browne). Przetestujcie która wersja jest najbliższa Waszym kubkom smakowym. :) Jeśli upieczesz cisto w foremce o mniejszym promieniu będzie można je przekroić i przełożyć masą"



Ja piekłam ciacho ok 35 minut - jak dla mnie zbyt długo - wolę bardziej "mokrą" wersję brownie. Następnym razem będzie w piekarniku tylko 25 minut :)






Czujecie niedosyt? To koniecznie zróbcie na kolację bezglutenowe i bezcukrowe placuszki "pankejki" jak kto woli :) Pisałam już o nich nie raz tutaj (o tutaj między innymi), ale za każdym razem zmieniam ich skład i jakoś tak co wpis wychodzą "zdrowsze". Dla fanów prawdziwych "hamerykańskich pankejków" i prawdziwych polskich racuchów na drożdżach - smak jest inny, konsystencja też. To już nie to puszyste ciacho, raczej zbite placuszki, ale bardzo bardzo sycące! coś za coś...

Wersja DEMO - z ostatniej chwili :)

PLACUSZKI

Składniki suche:
1/2 szklanki mąki gryczanej
1/2 szklanki mąki kukurydzianej
1/2 szklanki mąki jaglanej (zmielona surowa kasza jaglana)
2 łyżki ksylitolu (miele dodatkowo na cukier-puder)
1 łyżeczka bezglutenowego proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli himalajskiej różowej
szczypta cynamonu i kurkumy

Składniki mokre:
1,5 szklanki mleczka migdałowego (lub pól na pół z wodą)
2 jaja
łyżka domowej esencji waniliowej (będzie o niej wkrótce)



Wszystkie składniki mieszamy dokładnie i smażymy małe placuszki. można na patelni bez oleju, ja lubię smażyć na oleju kokosowym - bonusem jest piękny zapach kokosa i lekki posmak. Możecie dodać do ciasta pokrojonego banana, albo jabłko, albo gruszkę. Gotowe placuszki podaję z tym, co każdy domownik lubi najbardziej - mąż i Matusia pałaszują je z domowymi konfiturami, Antoś i ja zajadamy z miodkiem lub syropem z agawy.





Najedzeni? zostawcie sobie troszkę miejsca na małą zdrową przekąskę. Serwuję ją gdy mają pojawić się goście i wiadomo, że dzieciaki nie odejdą od stołu, na którym piętrzą się słodkości. Obok ukochanej czekolady pojawiają się więc domowe ciasteczka pomarańczowe - oczywiście bez glutenu i cukru :)




Tym razem przepis znalazłam na kolejnym blogu dla alergików - MAG - czyli Mama alergika gotuje. Jeśli macie w domu małego "uczuleniowca" musicie poznać tego bloga!

KUKURYDZIANE CIASTECZKA POMARAŃCZOWE

Składniki:
  • 200 g maki kukurydzianej
  • 40 g skrobi kukurydzianej (lub ziemniaczanej)
  • 1 łyżeczka bezglutenowego proszku do pieczenia
  • 125 g masła (lub margaryny bezmlecznej)
  • 50 g cukru-pudru (ja zastępuję go zmielonym na puder ksylitolem - ok 60 g)
  • 1 łyżeczka domowej esencji waniliowej
  • skórka z 1 dużej pomarańczy
  • 2-3 łyżki świeżego soku z pomarańczy (dorzucam jeszcze miąższ z wyciśniętej pomarańczy)
Mieszamy suche składniki, dodajemy zimne masło i skórkę z pomarańczy i siekamy na drobno (niezawodny thermi robi to za mnie). wlewamy mokre - esencję i sok - powoli i wyrabiamy do połączenia składników. Jeśli ciasto jest zbyt kruche dodajemy wody/soku - ma być elastyczne. 
Piekarnik rozgrzewamy z termoobiegiem do 180 stopni, blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. ciasto rwiemy na kawałeczki, toczymy kulkę wielkości orzecha włoskiego i układamy na blasze. Rozpłaszczamy  mocno dnem kieliszka (zamoczonym w wodzie) aż ciastko będzie wyglądało jak słoneczko (płaski środek i popękane boki). 
Pieczemy 10-12 minut. Upieczone odstawiamy i pozwalamy wystygnąć (są baaardzo kruche). potem chowamy do sloika...jak zdążymy :)





Piekąc je po praz pierwszy pomyliłam mąkę kukurydzianą z kaszką kukurydzianą. ciastka były równie pyszne i - -o ile to możliwe - jeszcze bardziej kruche! Następnym razem spróbuję połączyć zmiksowaną suchą kaszkę z mąką.


I jak? Częstujecie się?
my wkrótce wyruszamy w trasę i jedziemy na zimowe ferie...ja już wiem co zabierzemy w drogę do chrupania :)



2014/02/08

Wokół kuchni...

Przepraszam Wam Kochani za brak weny do pisania i opowiadania...dlatego dziś króciutka fotorelacja z domowych pieleszy...domowe życie toczy się wokół kuchni...i jedzenia...

I dobrze, że tu czasem to życie zwalnia i na chwilę choć zapominamy o biegu i sprawach do załatwienia...a jest ich tyle...i choć za oknem zimno, w domu odrobinka wiosny...ale my wcale do wiosny nie tęsknimy, przed nami zimowe ferie :)

W kuchni i jadalni kolorowe kwiaty...






Ale to biel, czerń i drewno są moją miłością...






Moje dzisiejsze "westwingowe" zakupy też o tym świadczą...do bieli i czerni kropla eleganckiego srebra...troszkę glamour, choć oszczędnie w formie...
Żródło: Westwing
(taca "Marron", napis "Cuisine", zestaw kieliszków do czerwonego wina "Onyx", jelonki "Capra")

Swoją drogą - lubicie zakupy w internecie? Ja uwielbiam:) 
Moja żyłka hazardzisty i miłość do polowań sklepowych znajduje czasem ujście przed ekranem...zwłaszcza teraz, gdy z powodu chorób wszelakich całe dni spędzam z dziećmi w domu. nie ma tego złego...(chyba, że patrzę na sumę na koncie bankowym :P )
Ten dreszczyk emocji i "polowanie" na poranne kampanie "Westwing":) Tez tak macie?

Mam już swoje typy w przyszłym tygodniu...bo jak tu nie polować na Babafu w TAKICH cenach???!!!!

A jak podobają się Wam moje zakupy? :)

Ja zakochałam się w tych lampkach do wina...

Czy wy też kochacie wino?
Och, nie jestem smakoszem, nie wiem nic o jego testowaniu, bukietach...lubię za to wieczorem usiąść z mężem i lampką wina...najlepiej różowego...i talerzem z sałatą z olejem z orzechów laskowych (moje kulinarne odkrycie i absolutne MUSTHAVE), do tego gorący camembert prosto z piekarnika, który rozpływa się po talerzu po przekrojeniu...odrobina słodko-kwaśnej konfitury z żurawiny...mmmmm.....

Czego chcieć więcej?

Lubię ładnie podane dania...nie wrzucone na talerz i zjedzone w pośpiechu...I uwielbiam patrzeć jak moje dzieci same nakrywają do stołu. Matylda bardzo lubi dekorować stół..czy to duży stół dla nas, czy stoliki dla siebie i brata, czy dla lalek. 
Czasem to ja łapię się na tym, że chcę szybciej, już...a ona spokojnie idzie do komódki po serwetki, stawia kwiaty...i niezmiennie za każdym razem mnie to zadziwia. I cieszy. Bo czy zwykły rogalik nie smakuje lepiej w takiej oprawie? 
Nawet jeśli to tylko chustka z szafy na ubrania i malutki bukiecik kwiatów zwinięty ze stołu w jadalni...
To jest chyba kreatywność? :) 
I choć raczej trzymam się zasady, że posiłki jemy wspólnie przy stole to czasem pozwalam dzieciom na drobne odstępstwo...bo jak mogłabym kazać im wrócić do stołu, kiedy tak się postarały? Radość jest ogromna i myślę, że zaprocentuje w przyszłości...czym skorupka za młodu nasiąknie...Może Antek za lat kilkanaście zaskoczy swoją połówkę pięknie nakrytym stołem i samodzielnie przygotowaną kolacją?








 Miłego dnia Kochani i wybaczcie ostatnia absencję na blogu...choroby odbierają mi całą radość blogowania....


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka