2013/02/28

Bo białe jest białe, a czarne jest czarne :)

I nikt mi nie wmówi, że jest inaczej :)
A u mnie biało i czarno jest zdecydowanie w mojej pracowni, która czeka na swoją odsłonę już bardzo bardzo długo. To wszystko dlatego, że cały czas ją dopieszczam, dopracowuję, zmieniam, przestawiam. dziś pokażę Wam część "komputerową", gdzie powstają posty, obrabiam zdjęcia i robię drobniejsze craft- prace.



Z okazji pierwszego dnia okraszonego pięknym słońcem, a zarazem ostatniego dnia lutego, żegnam w pracowni zimowe nastroje, sowy, wilki i choinki!
Od dziś królują tu motyle! Oj wiem, mało oryginalnie, bo w wielu domach rozgościły się już wieki temu, ale - jak wiecie - bywam na bakier z trendami. Dlatego dojrzałam do motyli dopiero dziś - spontanicznie i nagle - jak to często u mnie bywa. Szybka decyzja, wydruk motywu wyszperanego w sieci i mała korekta...troszkę kredek córy dla dodania rumieńców i trójwymiarowości i już motyle rozgościły się na półkach i biurku...




Ciężko, ogromnie ciężko jest mi zrobić tu zdjęcia, a to dlatego, że jestem niepoprawną bałaganiarą i w takim chaosie najlepiej mi się pracuje! ale niestety, ten chaos - choćby nie wiem jak twórczy - do publikacji szerszemu gronu zdecydowanie się nie nadaje :P dlatego uchylę drzwi tylko troszeczkę i pokażę co dzieje się nad biurkiem - taki mam sprytny plan :)






Taśmy są oczywiście wyposażeniem obowiązkowym - moja kolekcja jest póki co skromna, ale plany - nieograniczone...te które mam wykorzystuję przy pakowaniu rzeczy zamawianych przez Was ze sklepiku AnyTHING.




Mój autorski kalendarz, który tak polubiliście, zawisł nad biurkiem na przemalowanym starym drewnianym wieszaku i dzieli miejsce z pocztówkami, które dostałam przy okazji zakupów w klubie Westwing.



Jedną z kartek wykorzystałam do kompozycji w dużej ramce - ogromnie przypadła mi do gustu:) I słowa Boba Marleya "LOVE the life you live, LIVE the life you love".
Cudny komplet filiżanek do espresso upolowałam za symboliczną kwotę w ulubionym szpermarkecie i nie mogę się nim nacieszyć. Trochę czarnej farmy i nowy cyferblat i już najzwyklejszy kuchenny zegar zmienił się w dworcowy czasomierz...I to na prawdę NIEZWYKŁY!!! wiecie dlaczego? Chodzi do tyłu :)




Z tego samego polowania przyniosłam do domu także starą drewnianą puszkę po kawie. Planowałam ją troszkę "podrasować" i postawić w kuchni. czekając na upiększanie postawiłam ją w pracowni, wrzuciłam do niej ołówki i linijki...i zadomowiła się tu na dobre. Teraz ani myślę ją stąd zabierać :) Piękne trio tworzą ze szklanym motylem i konikiem...




Fajansowego porcelanowego słonika dostałam od mojej ukochanej babci na 30-te urodziny, nie miałam serca chować go do szafy, bo sentymentalna ze mnie bestia, więc przemalowałam go na głęboką matową czerń i teraz jest prawdziwą ozdobą pracowni. A ja mogę patrzeć na niego codziennie!




Sami widzicie - moja pracownia to miejsce urządzane żmudnie i stopniowo. Nie chcę tu przypadkowych rzeczy, z wieloma wiążą sie miłe wspomnienia, wiele trafiło do mnie z drugiej ręki, przeżyło reinkarnację - stare puszki, świeczniki z polowań w szpermarkecie, wycinane przeze mnie litery, kostki.

Teraz - mam nadzieję - choć część z Was zrozumie dlaczego tak bardzo lubię tu przesiadywać. Czuję się tu po prostu u siebie. Zostawiłam tu pot, krew i łzy - mówiąc dramatycznie, a tak szczerze, to urządzanie swojego kąta przynosi mi ogromna radość i satysfakcję. 



A ja się dopiero rozkręcam! W następnych postach pokażę Wam więcej - tylko muszę zmobilizować się do gruntownych porządków :) Nie będzie to łatwe, bo - NIESPODZIANKA! Znów jesteśmy chorzy. Nie, nie wszyscy:) Zdrowa połowa (czyt. M i Matylda) zamyka od dziś sezon zimowy na nartach w Szklarskiej, a druga połowa (jak łatwo przewidzieć Antoni i ja) zmożona bezlitosną anginą leży pod pierzyną :) Ot tak - na zakończenie sezonu...

                                  Pozdrawiam Was Kochani!

Ana

2013/02/27

Wielki powrót!

Pepitka wraca do łask :)
Oj, nie wiem czy w modzie, trendach i zapowiedziach na kolejne sezony. Na pewno wraca do łask w moim domu, w swej tradycyjnej czarno-białej postaci. Jest ponadczasowa. 

        Całkiem niedawno znalazłam na Pinterest uroczy pled z tym wzorem - siedziałam, rysowałam, powiększałam aż wreszcie udało mi się stworzyć schemat i natychmiast przystąpiłam do pracy. Pretekst znalazł się sam, bo oto M przyniósł do domu nową zabawkę w postaci tabletu, a tablet jak wiadomo rzecz delikatna, nieodporna na dziecięce rączki i trenowanie przez nie sił grawitacji. Więc pomysł na tabletowe wdzianko narodził się już w trakcie moich pierwszych pepitkowych prób...



Teraz nowa zabawka pasuje jak ulał do mojego biurowego wystroju, choć używana jest raczej "na salonach". Muszę przyznać, że przydatna to rzecz - do przeglądania i czytania, lecz jeśli chodzi o pisanie - zdecydowanie pozostaję fanką tradycyjnego komputera :) 

Wewnątrz wymościłam pokrowiec białym filcem, dodałam żółty guziczek dla rozweselenia poważnej całości.


Ale, ale! niespodzianka - na odwrocie nie znajdziecie już pepitki - tam zdecydowany wpływ mojej ukochanej Skandynawii - sami popatrzcie!


Uwielbiam oglądać zdjęcia ze skandynawskich jasnych domów, w których graficzne proste symbole pięknie uzupełniają surowy wystrój. Krzyż - obiecałam sobie, że kiedyś powstanie taki pled - póki co trenuję na zdecydowanie mniejszych powierzchniach :)


A jak Wam podoba się ubranko da mojego małego pomocnika? :)

2013/02/15

Powiew wiosny

Dla najmłodszych...I nie tylko :)



W przerwie w dzierganiu masowo zamawianych czapeczek i kominów dla Was - powstała słodka - choć nie przesłodzona! - girlanda do dziecięcego pokoju. W delikatnych szarościach i pastelowym różu, złożona z 10 mięciutkich kulek - zainspirowana oczywiście świetlnymi łańcuchami z Cotton Ball :)



Ja skusiłam się i powiesiłam ją w mojej pracowni - wprowadzając do kontrastowej czerni i bieli troszkę wiosennego powiewu:)




Czyżbym i ja wreszcie poczuła wiosnę???



Miłego dnia Kochani - wracam do Waszych kominów:)

Wasza ZadziergANA :)

Chalet

Pamiętacie jeszcze mój post o hotelu NoNameLuxury, który pisałam tuz przed naszym wyjazdem?
Byłam zachwycona wystrojem polskiego hotelu rodem z Alp....



Los bywa przekorny i lubi robić nam niespodzianki - BARDZO pozytywne:) Zapraszam na spacer po hotelu, w którym przyszło nam spędzić uroczy tydzień w Austrii :) Żadnych namiastek...chalet rodem z Alp !

Proste drewniane meble, szyszki, mnóstwo świec, kominkowe drewno, gałęzie, mech, czysty len...atmosfera idealna do odpoczynku i relaksu...



Bardzo przytulny hol (nie udało mi się uchwycić krzeseł wyściełanych futrami i pięknie udekorowanego stołu - od rana do wieczora były zajęte przez gości :) )




Wręcz zakochałam się w prostych stolikach zrobionych z drewnianych klocków połączonych skórzanymi pasami...w połączeniu z wygodnymi fotelami i blaskiem świec w lampionach tworzyły niesamowicie przytulne zakątki! I już zima za oknem wydawała się mniej groźna.






Zaglądamy przez szybkę do hotelowej restauracji - część drewniana, swojska, z długimi drewnianymi ławami i ciężkimi krzesłami. Na stołach czerwona kratka i motywy rodem z Austrii.


I elegancka część - w przytulnych beżach i szarościach...oj ciężko było wstać od stołu spędzając czas w tak pięknym miejscu i w doborowym towarzystwie :)




Po biesiadowaniu obowiązkowy spacer po uroczej wiosce - architekturę już Wam pokazywałam - pora na smaczki ze sklepiku - znalazłyśmy cudownie wyposażoną pasmanterię (oj nasze miejskie nie mogą się pochwalić taką ilością włóczek, koralików i innych uroczych drobiazgów!). A do tego ręcznie robione pamiątki i ozdoby z drewna, wikliny, szkła, filcu, włóczki - RAJ dla oka (choć niekoniecznie dla portfela). I nagle znów były Święta!!!




Tym wspomnieniem zamykam mój zimowy cykl alpejski, a już niebawem nowości w sklepiku!

Pozdrawiam Was 

Ana

2013/02/14

Kochać to nie znaczy zawsze to samo...

Kocham jak żona, jak mama, jak córka i wnuczka...czy tylko dzisiaj? ZAWSZE i WSZĘDZIE!!!!



Walentynki nie są mi szczególnie bliskie, muszę przyznać...Serduszkowy szał, misie, pluszaki...nieee, nie moje klimaty....



Ale czerwony wiosenny bukiet od M, słodkie mini-czekoladki z miłym wyznaniem dla moich najbliższych... nie powiem, że nie zrobiło się milej....



Jednak pozostanę wierną fanką miłych słów bez okazji, spontanicznego buziaka, czułego słówka powiedzianego szeptem do ucha w środku dnia...to jest magia miłości :)

W walentynkowy klimat wpisały się nawet skończone dziś kubraczki:)




Miłych WALENTYNEK! Niech będą jednym z WIELU cudownych dni pełnych miłości




Wasza ZakochAna

2013/02/08

Jeśli ferie - to tylko w górach!

Jeśli ferie - to tylko w górach - śnieg, mróz i mnóstwo atrakcji dla małych i dużych! 
wycieczki do ciepłych krajów odkładamy na półkę (zdecydowanie - nawet latem - wybiorę Skandynawię zamiast Egiptu:) )...

Jeszcze czuję ten zapach alpejskiego powietrza, rześki, świeży...i znów chcę tam być....ale do następnego sezonu pocieszać i przenosić w górskie szczyty będą mnie zdjęcia i pamiątki z podróży... Kto ma ochotę przeżyć to ze mną? Mała foto-relacja :) Ostrzegam, że będzie dużo zdjęć!

Najważniejszym punktem programu dla (prawie) wszystkich była oczywiście jazda na nartach - niektórzy sobie przypominali, inni zapięli narty po raz pierwszy...

Matusia ćwiczyła pierwszego dnia pod czujnym okiem taty


 Antoś - jak widać teorię opanował do perfekcji - pozycja wyjściowa:) Drugi dzień nauki w szkółce


Moja narciarka wyrusza na stok



 A narciarz tymczasem delektuje się bułką z czekoladą i herbatą z termosu - ach co za cymesik :)



Podjazd wyciągiem na górę w szkółce:


Sucha zaprawa i rozgrzewka przed zjazdem 


I jedziemyyy!!!! Slalomem za instruktorem


Każdy mały narciarz wie co robimy, kiedy instruktor krzyczy "PIZZA!"


A potem dzikie szaleństwo na większej górce - jabłuszka to był strzał w dziesiątkę :)




Nie mogło zabraknąć też śnieżnych aniołków - choć na zmarzniętym i ubitym przez ratrak śniegu wymagało to maksimum wysiłku


Dzień czwarty nauki jazdy - i Matylda zjechała po raz pierwszy z niebieskiej trasy - z tatą - najpierw jazda orczykiem:)



A najwierniejszy kibic odpoczywa


Najcieplejszy dzień naszego pobytu i bajeczne widoki przy drugim śniadanku na stoku


Uroczyste zakończenie kursu Matusi i Hectorka. Obowiązkowe pamiątkowe zdjęcie z fantastycznym instruktorem Bram'em.



 Wręczenie złotego medalu i dyplomu ukończenia kursu i zdobycia 1. stopnia umiejętności


Na FB możecie zobaczyć wyczyny mojej córy ostatniego dnia w szkółce - jazdę finałową :)


A brat nie ustaje w próbach - i tym razem gania tatusia:)



I jazdaaaaa........



Późnymi popołudniami po powrocie ze stoku było szaleństwo na basenie







A wieczorami partyjka bilarda dla dużych i nie mniej ciekawe rozrywki dla młodszych - cała sala gier dla nas :)



Ale wszystko co dobre szybko się kończy. Jazda powrotna do domu - humory dopisywały na samym początku podróży:



Ale też późną nocą, po niemal 14 godzinach w aucie


I to już wszystko Kochani - wierzcie mi - wspomnień i zdjęć całe mnóstwo, a jeszcze większy apetyt na kolejną zimową wyprawę! Tym razem to JA założę narty :)

Dla tych, którym udało się wytrwać do końca sesji - miła - mam nadzieję - niespodzianka. W Sklepiku AnyTHING pojawiły się pierwsze nowości - zapraszam do zaglądania i zakupów :)



To dopiero początek ! Miłośnicy wielkich dzierganych puf i metalowych cudów inspirowanych Skandynawia - bądźcie cierpliwi! :)

Opaska by AnyTHING


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka