2010/11/29

Czas spojrzeć prawdzie w oczy...

Tegoroczne przygotowania do Świąt beda liche, żadne prawie....Moje wielkie plany i marzenia o pięknie przystrojonym domu legły w gruzach.
Dlaczego?
Dopiero dziś zaczyna się montaż kominka (nie mówię hop, bo fachowcy maja wejść popołudniu), pozostaje skrobanie i szlifowanie sufitu i scian, naprawa kuchennego okapu i budowa nowej osłony, kładzenie kafli przy kominku, malowanie...Realnie rzecz biorąc skończymy może w połowie grudnia, kolejny tydzień minimum potrwa sprzątanie...rachunek jest prosty - oby do Świąt było choć czysto :(

Bardziej jednak martwi mnie plaga chorób, jaka nawiedza nas od miesiąca...Matusia czwarty tydzień w domu, dwa antybiotyki, Antoś po pierwszym antybiotyku dziś znów nawrót i pogorszenie, kaszle i gorączkuje, raczej skończy się zastrzykami. Ja druga infekcja w ciągu trzech tygodni, w dodatku nie mam czasu na leczenie siebie zajmując się dwójka chorych i marudnych przez to dzieciaczków...W międzyczasie przechorował mąż i mama...

EDIT: Antoś ma zapalenie oskrzeli:(

Pomyslcie o nas ciepło, bo dziś mam kryzys, najchetniej siadłabym w kąciku i sobie pochlipała z tej niemocy...

Jak się domyslacie tworzę niewiele, prawie nic, wiele rzeczy pozaczynanych czeka na dokończenie, brak weny i materiałów, brak możliwości wyjścia na zakupy, żeby je zdobyć...


 

Na weekendy pieczemy coś z Matusią na osłodzenie chorowitego tygodnia, tydzien temu dobrze juz znane muffiny (tym razem korzenne w formie ciasta foremkowego i tradycyjne muffiny szarlotkowe), wczoraj rogaliki siostry Miriam - wyprobowałam przepis z blogu Kamili, ale niestety to nie na nasze wrażliwe żołądki. Rogaliki pyszne, ale potwornie ciężkie....(kostka masła robi swoje!)...




Wam życzę DUŻO DUŻO ZDROWIA, jeśli ono jest, wszystko inne jest możliwe!

2010/11/19

Tylko usiąść i płakać...

Chyba tylko tak mogę określić moje obecne samopoczucie...:(

Wszystko przez "fachowców"...jeszcze nie zaczęli, a już skutecznie pokżyzowali mi plany...wszystkie prace przesunęły sie o minimum dwa tygodnie, kafle kominkowe nie wypalone, zepsuł się podobno piec, salon i kuchnia rozgrzebane gorzej jak na budowie, wszędzie pył i kurz...My pomieszkujemy u moich rodziców - i choć jest mi u nich dobrze, to jednak tęsknie za domem...
Kiedy pomyślę, ile pracy bedzie przed samymi Świętami, to ręce same opadają...a gdzie czas na celebrowanie przygotowań? Jak mam upiec pierniczki, zrobić ozdoby? Buuuu.....wszystko idzie nie tak jak powinno...



Krążąc między dwoma domami nie bardzo mam czas na jakiekolwiek prace, zdążyłam jedynie skończyć moją czapkę (czas najwyższy) i teraz razem z szalikiem, ktory zrobiłam panienką będąc tworzą komplet. Gruby ścieg angielski, prosty, ale o to właśnie chodziło:)





Ponieważ nie moge pochwalić się własna pracą, pochwale ostatnią pracą mojej mamy ...teraz juz wiecie, kto zaraził mnie rękodzielnictwem:)



Pozdrawiam z okopów i życzę miłego weekendu!

2010/11/12

Lampka dla księżniczki

Jest, nareszcie ją skończyłam.


Lampkę wyszperałam w ulubionym komisie już  niego wychodząc - musiałam ją mieć, zwłaszcza, że mimo ohydnego koloru widziałam tę koronę i wiedziałam, że będzie wdzięcznym materiałem do pracy i idealnym wykończeniem Matusiowego pokoiku. tutaj stoi na szafeczce nocnej, która też czeka na lifting i w wersji ostatecznej będzie połączona z lampką.


W międzyczasie kilka razy zmieniałam koncepcję, aż wreszcie wczoraj wieczorem powstała wersja ostateczna, a do kompletu drewniany ptaszek:)




Dziś pewnie nie uda mi się zrobić zbyt wiele, ponieważ trwają wielkie przygotowania do montażu kominka, dziś sprzatanie, wynoszenie klamotów i owijanie mebli na całym dole, jutro demooolka:)

Pozdrawiam z placu boju;)

2010/11/11

Skarby były całkiem blisko...

Od tylu tygodni podziwiałam i wzdychałam do pięknych wielkich słoi z grubego szkła z ciężkimi szklanymi pokrywami, do niebieskich syfonów tak bardzo retro...Tymczasem moje cudeńka czekały na mnie w moim rodzinnym domu, cierpliwie, po cichutku, przez tyle lat...i odkryłam je zupełnie przypadkiem, choć ogromne podziękowania należą się mojemu tatusiowi, któty pieczołowicie przechowywał te relikwie przeszłości w piwnicy i okazał się równie niemożliwym zbieraczem cudów jak jego młodsza córka:) Juz wiem po kim odziedziczyłam myśl "Może się przyda"...

I przydało się!! Sami popatrzcie, ja jeszcze nie mogę się nimi nacieszyć, znalazły się tu dwa syfony po wodzie sodowej, w tym jeden taki niebieściutki, butelka w kolorze akwamaryny z ceramicznym korkiem, wielgachny ciężki słój, w którym na razie spoczną orzeczhy, a już niedlugo świąteczne pierniczki...


Moje skarby cierpliwie czekają na mycie, czyszczenie i polerowanie - to będzie czysta przyjemność:)

wczoraj światlo dzienne ujrzał też ochraniacz do Antosiowego łóżeczka - uszyty z wyszperanej w s-h wielgachnej poszwy na kołdrę. Do kompletu powstanie też poszewka na podusię, poszewka na kołderkę oraz worek na pidżamkę...i może jeszcze coś, jeśli zostanie materiał:)
Dodatkiem do ochraniacza jest śliczna zawieszka z misiem, króliczkiem i serduchem - chyba dodam tu jeszcze Antosiowe inicjały...



Ochraniacz od wewnętrnej strony jest ślicznie pasiasty - kolory mnie urzekły i od razu wiedziałam, że będą w Antosiowym pokoiku:)


Od zewnętrznej strony kolorek jest szary - widać na zdjęciu:


Jeszcze chwilkę potrwa wykańczanie Matusiowej lampki nocnej, nie mam pomysłu jak przymocować dość grubą materiałową tasiemkę do drewna, żeby było estetycznie. próbowałam na modge-podge, ale po wyschnięciu wstążka odpadła:(
Może Wy macie jakieś pomysły??

EDIT:
Ochraniacz już zainstalowany na łóżeczku:)



I Antosiowy Anioł Stróż:)



2010/11/09

Pod górkę...

Czuję, że tak właśnie przez ostatnie dni mogę opisać moje poczynania...Tusia choruje, jestem w domu z dwójeczką i nie narzekam na nadmiar wolnego czasu...do tego od piątku sama biorę antybiotyk i z ulgą mogę już odetchnąć, a raczej przełknąć cokolwiek...Moje zaległości rosną lawinowo - nie tylko te dekoracyjne, ale niestety także codzienne, pranie, prasowanie aż wołają o zainteresowanie...(no i nie czuję, że rymuję:) )

Kilka projektów zaczętych czeka na ukończenie, Antosiowy ochraniacz na łóżeczko, Tusiowa lampka i koszyk na zabawki ...i dlugo by jeszcze wymieniać...

W łóżku maszyny używać nie mogę, więc przez ten czas powstały tylko maleńkie zawieszki i pierwsze  elementy Matusinej kuchni do "zjedzenia"...

Serduszko z uroczym konikiem na biegunach w pastelowym bladym różu i zawieszka zapachowa z suszoną lawendą - taki domek dla ptaszka:)



Pierwsza szydełkowa babeczka - lekko kanciasta, bo robiona "na oko", bez wzoru i nawet nie jestem w stanie go powtórzyć :)



I do tego kanapkowy starter z filcu - plasterki pomidora i ogórka zdążyła unicestwić już niszczycielska siła mojej Księżniczki...ech...

Widzę na Waszych blogach, że pełną parą ruszyły już przygotowania do Świąt, a u mnie ciągle nic...kiedy Wy to robicie? Zdążyłam jedynie kupić wstążkę ze świątecznym motywem i obmyślam plan adwentowego kalendarza...ale nic nie poczynione w tym kierunku, a wbrew pozorom czasu zostało niewiele...

Podaję jeszcze przepis na wysmienite muffinki korzenne, który podpatrzyłam na blogu NATI Z potrzeby tworzenia. U mnie otrzymuja nazwę REKLAMOWE, bo robi się je błyskawicznie i ostatnio powstały właśnie w przerwie na reklamę:) Palce lizać, chrupiący wierzch i miękki wilgotny środek, a w całym domu zapach piernika i pieczonego jabłka...mmmm....

Tym miłym aromatycznym akcentem kończę dzisiejszego posta i wracam do rzeczywistości, czyli do pralni:)

Miłego dnia!

2010/11/02

Miało być, ale nie ma...

zdjęcia nie ma:)
Miało być o bułeczkach świąteczno-niedzielnych, w sam raz na zimne listopadowe wieczory...bułeczki i owszem wczoraj pojawiły się na wieczornym stole, ale zdjęcia zrobić nie zdążyłam niestety :) Te z nadzieniem porzeczkowym zniknęły na kolację, a śniadaniowe...zabrał do pracy mąż i musiałyśmy się z Matusią obejść smakiem:)
Przepis był eksperymentalny, ale już zapisuję go w swoich ulubionych. Eksperyment uważam za udany, a pojawił się dlatego, że brak było masła w domu...hm....maślane bułeczki na słodko bez masła? DA SIĘ!!:)

Bułeczki na słodko wg Any:

0,5 kg mąki pszennej
15 g drożdży świeżych
1 jajko
1 szklanka letniego mleka
1/3 szklanki brązowego cukru
1/4 szkl oleju słonecznikowego

Zrobić zaczyn z drożdży, mąki, cukru, soli i letniego mleka, po wyrośnięciu dodać resztę mąki i jajko, wyrobić elastyczne ciasto i odstawić do wyrośnięcia aż podwoi objętość. Po wyrośnięciu szybko zagniatamy i dzielimy ciasto na 12 części, formujemy bułeczki i odkładamy na pół godziny do napuszenia. Po tym czasie z połowy robimy placuszki, na środek nakładamy nadzienie (u mnie tym razem był dzem z porzeczek, ale moga być jabłka z kompotu, jagody, brzoskwinie, co kto lubi) i zlepiamy jak pierożek i układamy na blaszce przyprószonej mąką zlepieniem do dołu (formujemy na kształt jagodzianki). Drugą część bułeczek bez nadzienia formujemy jak kulki, lekko spłaszczamy. Wszystkie bułeczki układamy na blasze, smarujemy jajkiem rozbełtanym z łyżką mleka, bułeczki bez nadzienia posypujemy grubym brązowym cukrem i odstawiamy do wyrośnięcia na 15-20 minut. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni (z termoobiegiem) i pieczeny 10-12 min - do zrumienienia. po wyjęciu studzimy na kratce, bułeczki z nadzieniem jeszcze ciepłe polewamy lukrem (cukier puder i wrzaca woda).
Smacznego:)

Tu jeszcze raz styropian w drugiej odsłonie - tym razem upieczony jako zwieńczenie niedzielnego obiadu z moimi kochanymi rodzicami...mmm...było pysznie i sympatycznie, dziękuję Kochani!




Na koniec kolejne przetwory do mojej spiżarki -dżem dyniowo-jabłkowy i kompot z jabłek z cynamonem:)



Miłego i smacznego popołudnia Wam życzę!

Mały PS dla chcących skosztować dżemik i kompocik w swojej kuchni:

Dżem dyniowo-jabłkowy:

2 kg miąższu z dyni
1 kg jabłek (po obraniu)
ok 1 kg cukru (daję na oko i na język - do smaku)
przyprawy: u mnie cynamon sproszkowany i imbir, może być też przyprawa do piernika,

Dynię i jabłka kroimy, wrzucamy do gara i dusimy pod przykryciem, potem 15-20 min bez przykrycia aż zmiękną i odparuje nadmiar wody. wszystko przecieramy przez grube sito (ja lubię jak są kawałki owoców,więc nie przecieram całości), dodajemy cukier i na malutkim ogniu dusimy bez przykrycia ok pół godziny jeszcze - ma być dość gęsty. w tym czasie wyparzamy słoiki (ja robię to w piekarniku) i do gorących nalewamy gorący dżem, szybko zakręcamy, stawiamy do gory dnem i zostawiamy do wystygnięcia - ja okładam jeszcze kocem...
I to już wszystko - przepis szybki, najwięcej czasu zabrało mi tu obieranie dyni - ależ była twarda! :) A wyparzając słoiki upróżyłam pestki dyni, które pieczołowicie wybierała Matylda:)

Kompot jabłkowo-cynamonowy

jabłka
woda
cukier
laski cynamonu

Nie podaję proporcji, bo robię wszystko "na oko", ale to prościutki przepis - a nauczyła mnie go koleżanka Ania (Soul) -Aniu dziękuje, korzystam z niego i polecam:)

Jabłka obieramy i kroimy na ósemki, wrzucamy do wyparzonych słoików zapełniając je mniej więcej do połowy, wrzucamy po kawałku cynamonu. W garze gotujemy wodę i dodajemy cukier do wrzącej tyle ile chcemy - trzeba próbować. Ja daję tyle żeby woda była bardzo słodka i przypominała syrop - poniewaz potem kompot rozcieńczam przed podaniem ciepłą wodą - i z jednego słoika mam kompot dla całej rodzinki:)
Wrzącą wodę z cukrem wlewamy do sloików, zakecamy i pasteryzujemy ok 20 min. Po pasteryzacji stawiamy do gory dnem i pozostawiamy do wystygnięcia

Takie kompoty mozna robić ze wszystkich owoców, jablek, brzoskwiń, śliwek, truskawek...roboty tyle co nic, a zawsze smaczny domowy napój do obiadku czy podwieczorku:)

SMACZNEGO!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka