2010/08/31

Kiedyś trochę malowałam...

Nie robiłam tego od kilku lat...dlaczego teraz do tego wracam?
Rodzice oddali mi ostatnio jeden z moich "obrazów", który czas jakiś wisiał w salonie na honorowym miejscu...teraz z jego prostej cienkiej drewnianej ramki zrobię ramę do tablicy kuchennej...a sam obraz...nie wiem, włożę między inne do zakurzonej teczki, może poczeka na lepsze czasy...

Na otarcie łez wyszperałam kilka moich starych zeskanowanych prac - przepraszam za jakość:)

Jedne z pierwszych - łabędzie jeszcze z podstawówki...



Seria portretów





Próby autoportretów:)



Czasem jakiś akt...



A czasem kwiatki, w ramach relaksu - tu moje ukochane kalie...


Był czas, kiedy malowanie, rysowanie, szkicowanie pochłaniało mnie całkowicie, marzyłam o szkole plastycznej, potem architekturze...Los chciał, że te marzenia pozostały tylko marzeniami, a moje prace zostały zapomniane...i choć lubię swoje życie, to są chwile, kiedy tęsknię za tamtą małą Anią, która z taką pasją chciała realizować dziecięce marzenia...i tej architektury żal ogromnie...

2010/08/30

Jesiennie...

Jesiennie już, deszcz pada od kilku dni, aura nastraja raczej melancholijnie i taki też mam nastrój...dlatego kupiłam sobie wrześniowy numer „Działkowca” i będę robić wrzosowisko w ogrodzie...niech jesień upłynie pod znakiem wrzosów, lasu i fioletoworóżowych inspiracji...

Ach kolejka z zaplanowanymi pracami rośnie, tylko przez panującą aurę mam ochotę zakopać się pod kocykiem i przygotować się do zimowego snu...przynajmniej leżąc wieczorami bawię się xxx i niedługo pochwalę się moimi pierwszymi woreczkami na przydasie i różności...

Humor poprawiają mi oczywiście ZAKUPY, ale nie, nie:) Nie o ciuchach tu mowa...upolowałam ostatnio w JYSKu piękne duże kosze, sztuk dwie, docelowo do pokoju Antosia na zabawki i klocki, tymczasowo jako pojemniki na leżące w sypialni za szafką nocną i drażniące małżonka czasopisma wnętrzarskie...chociaż tak mi się tam spodobały, że chyba wybiorę się po następne...
Czy sadziłyście może kwiaty w takich koszach? Już widzę oczami wyobraźni (a podobno mam bujną :P) moje draceny w tym koszu pyszniące się w salonie...ale jak z izolacją? Jak z drenażem? Może jakie podpowiedzi od doświadczonych koleżanek?



W ramach niedzielnego rozpieszczania podniebienia pianka z galaretką w klimatach lawendowych - pierwszy raz udalo mi się pochwycić te slodkosci na zdjęciu, zawsze znikają zbyt szybko:) Przepis oczywiscie z blogu Moje Wypieki - do dowolnych wariacji, byl już z brzoskwiniami, jagodami, truskawkami, malinami...zawsze pysznie i prosto, czyli tak jak lubię:) Przepraszam za jakość zdjęcia, robione po ciemku, wieczorkiem, po położeniu dzieciaczków do snu...to był miły niedzielny wieczór....




2010/08/24

Prace drobne...

Tak przynajmniej miało być - malutka metamorfoza pstrokatej tacy z komisu, miałam ją jedynie wyszorować i wymienić spód na mój ukochany arabeskowy wzór...tak...niestety po demontażu plecionki okazało się, że w celu ponownego jej przytwierdzenia do podstawy muszę...na nowo ją upleść:) I plotłam...zamiast 15 minut roboty poświęciłam tacy kilka godzin, ale na szczęście z efektu jestem zadowolona...posłuży nam raczej do noszenia niż ozdoby, bo to tylko cerata i sztuczna plecionka...

Taca przed metamorfozą:


Taca po metamorfozie:



Na swoją kolej czeka druga taca, ale przy niej będę miała "trochę" więcej pracy...

Tymczasem zdążyłam dziś wykonać wszystkie zaplanowane decu-zajęcia, pomalowałam puszki na ciastka i na przybory kuchenne (pierwsza warstwa), zaczęłam też ozdabiać moje świeczniki-brzydactwa:) Na wszystko potrzeba czasu, o czym boleśnie się przekonuję będąc osoba raczej niecierpliwą:) Ach, jeszcze jedno lakierowanie finałowe i światło dziennie ujrzą duże arabeskowe podstawki pod talerze...

Teraz biegnę po moją przedszkolaczkę, miłego popołudnia!!

2010/08/23

Ana w ogrodzie i o tym co można znaleźć na "giełdzie"...

Ten rok jest dla mnie szczególny, z czego chyba "cieszy" się mój zaniedbany i po macoszemu dotąd przeze mnie traktowany ogród...Zaniedbany to może zbyt wielkie słowo, bo na szczęcie w przeciwieństwie do mnie (do niedawna) moja druga polówka ma hopla na punkcie trawnika dzięki czemu ogród jest pięknie zielony...Ale każda "ogrodniczka" wie, że trawa to nie wszystko...
Ja musiałam chyba dojrzeć do świadomości, iż potrzebuję wokół siebie roślin, chcę patrzeć jak kwitną, jak zmieniają się w zależności od pór roku...dlatego od mniej więcej miesiąc powolutku pracuję na wyglądem mojego ogrodu i marzę o tym, ze za kilka lat usiądę na leżaku na moim pięknym drewnianym tarasie i popijając popołudniową kawkę będę cieszyć się widokiem kwitnącego zadbanego ogrodu, słuchać śmiechu bawiących się dzieci i rozkoszować upojnym zapachem lawendy...

Do tego czasu czeka mnie mnóstwo pracy, ale już się jej nie boję i przed nią nie bronię!! Jak mogłam tyle lat powtarzać, ze praca w ogrodzie nie jest dla mnie? Na szczęście tylko krowa zdania nie zmienia...

Moje pierwsze malutkie sukcesy to zagospodarowanie prawie dziko już rosnących tuj przy składzie drewna kominkowego...sobotnio-poniedziałkowe zmagania z przyroda zakończyły się takim efektem:

Bylo tak:


Jest tak:



Wystrzygłam moje smukłe królewny i nadałam im kształty w stylu ogrodu japońskiego (którego formy są FASCYNUJĄCE!!!), posadziłam trawy (turzyce) i lawendę. Wiem, że teraz wygląda to troszkę "łyso" i śmiesznie, ale wiem też, że czekając cierpliwie doczekam się bujnego kobierca...teraz potrzeba im tylko czasu i mojej opieki:)
Do zagospodarowania czeka jeszcze "tylko" jakieś 300 m2 ogrodu...

Na deserek moja barwna plamka na szaro-burym tarasie




Ach tak, miało być jeszcze o szczecińskiej „giełdzie" czyli targu staroci, ciuchów, części samochodowych, niemieckiej chemii i słodyczy...oj czego tam nie ma!! Mydło i powidło...Ja byłam w swoim żywiole (tylko jeśli chodzi o perełki, które można tam wyłowić), mąż mniej, dzieci wcale:( muszę przyznać, że nie jest to miejsce na niedzielne spacery, bo brudno, kurz, tłumy ludzi, papierosowy dym wymieszany z wątpliwy zapachem smażonej kiełbasy z ogródka piwnego...ugh...). Następnym razem wybiorę się tam sama...
poganiana przez męża i marudzącą księżniczkę (Książe spal, a jakże:) ) w locie pochwyciłam, targując się przy tym z dziką satysfakcją, piękny szklany lampion, wielką (45 cm) latarnię na mój wymarzony taras (potrzebuje "małego" liftingu) i drewniany pomocnik kuchenny na butelki, który pokażę dopiero w wersji "przed i po" :)

<a href="http://2.bp.blogspot.com/_epf4LFDdJk4/THJKteeY1VI/AAAAAAAAAQY/Xa7tfZ3ykdc/s1600/sierpie%C5%84+2010+266.jpg">



Weekend uważam oficjalnie za zakończony i mogę ochrzcić go mianem UDANY:) Pora zakasać rękawy i REALIZOWAĆ MARZENIA!!!!

2010/08/21

Sobotnio, zabawkowo...

Ufff, wczoraj nareszcie rozprawiłam się z górą prasowania, dziś tylko ogarnę domek i wieczorem oddam się zdobniczym przyjemnościom...

W tak zwanym międzyczasie (między karmieniami małego księcia, a usiłowaniem znalezienia zajęcia dla nudzącej się podziębionej Księżniczki) udało mi się skończyć drewniane zabawki do Antosiowego pokoju. Troszkę to trwało, ale efekt końcowy bardzo mi się podoba, choć są tylko wyczyszczone, pomalowane bejcą i polakierowane, bez żadnych innych zdobień...
Tymczasowo zdobią salony, a docelowo będą się dumnie prezentować nad Antosiowym
łóżeczkiem...jak tylko zaczniemy urządzać jego lokum:)





Zabawki wyszperałam za grosze w osiedlowej ciuchbudzie:) Razem z biednym drewnianym misiem, którego nazwalam "shabby-misiem", choć nie do końca nim jest...może bidulek doczeka się kolejnej przeróbki, bo efekt końcowy jeszcze nie do końca mnie nie satysfakcjonuje...



2010/08/18

Chorowicie, wytrawnie i trochę słodko

Pochorowało się moje starsze dziecię i od wtorku jest ze mną w domu...wprawdzie to tylko infekcja i walczymy jedynie inhalatorem, ale przedszkole - ku uciesze Matyldy - poszło w odstawkę. Ja cieszę się mniej, bo czasu mam jak ... na lekarstwo:) Mała absorbuje całą moją energię i pokłady cierpliwości, bo muszę przyznać, że moja królewna jak nikt potrafi urządzać prawdziwe histerie...co w połączeniu z gorszym samopoczuciem owocuje ogólna nerwowością...ot, panna kapryśna mi rośnie...

W ramach zajęć domowych upiekłyśmy dziś "ciasteczka" - z gotowego ciasta francuskiego i rozmrożonych owoców leśnych z serkiem. Sztuk wyszło aż osiem, z czego cztery spałaszowałyśmy na ciepło (jak fornetti) do budyniu :) Takie z nas łakomczuchy (co w przypadku mamusi nie jest wskazane:( ).





Przetwory weekendowe doczekały się ubranek i wyładowały już na mojej gospodarskiej półeczce garażowej, która dziś, w połowie sezonu, prezentuje się tak.



Bardzo polecam przepis na ogórki od Romantycznej Kobiety.

Do tego powstała marynowana cukinia - przepis w pdf'ie i niestety nie wiem z jakiej strony:(



Na dokładkę troszkę suszonych pomidorów i pieczonej papryki w oleju.



Tak, tylko na tyle wystarcza dziś czasu, nadal na lakierowanie czekają zabawki Antosia...może wieczorem, jak już uporam się z dwoma koszami prasowania...:(

2010/08/16

Słodko, domowo, leniwie...

Mój weekend upłynął pod znakiem ciepłego drożdżowego ciasta i burzowego letniego nieba...Było troszkę leniwie, był czas na spacer po pięknym ogrodzie, popołudniową kawkę w towarzystwie pawi...ale po kolei...

W sobotę dokonało się dzieło przetworowe, którego jeszcze nie pokarzę, ponieważ słoiki nadal czekają na szatki:) To już dzisiaj:)Rozpoczął się też żmudny proces powstawania wiśniaka rumowego Wandy Litwinki - póki co czereśnie stoją sobie w garażu zalane miodem:)
Na kolację sobotnią wymyśliłam sobie - ku uciesze i zadowoleniu męża i córci - jagodzianki i kubek gorącego kakao. Krążyli nade mną niczym moje prywatne kuchenne sępiki dopytując "czy już"?, po czym polowa jagodzianek została skonsumowana jeszcze na ciepło...Udało mi się pochwycić nikłą cześć na krótko przed zniknięciem i moja zadowoloną córcie w trakcie konsumpcji maminych wyrobów:)






Jagodzianki oczywiście z przepisu Dorotki z Moich Wypieków ...Są fantastyczne, mięciutkie, puszyste...

Ostatnie trzy sztuki zostały zabrane jako podwieczorek na trawce:) w niedzielę do ogrodu dendrologicznego w Przelewicach...piękne miejsce...ze względu na nieco burzową aurę przypominało mi Tajemniczy Ogród...sami zobaczcie...






i moja mała królewna w bajkowej scenerii:)






Książę ucina sobie zasłużoną drzemkę w pałacowym ogrodzie...ku zazdrości pozostałych członków rodziny i nie tylko:)



Mąż przynosi kawkę...



A ja delektując się ciastem (lody i bitą śmietanę zjadła Matusia)podczytuję "dobre wnętrze"...Było na prawdę wspaniale...

po powrocie jeszcze krótka msza na powietrzu i domowy, upieczony rano, chlebek na kolację...
Przepis od Oli z bloga Leniwe kuchcenie - polecam.

Składniki na mały bochenek (keksówka):

500g mąki
1 jajko
2,5 dkg drożdży
1 łyżeczka soli
300 ml letniej wody (wymiennie mleko)

Na poczatek rozczyn:
3/4 szklanki letniej wody, rozpuszczamy drożdże, dodajemy 1,5 łyżeczki cukru, 2 łyżki mąki , odstawiamy do wyrośnięcia...
Mąkę przesiewamy przez sito ,dodajemy sól, jajko, rozczyn i wodę - delikatnie mieszamy aż się pozlepia, a potem zagniatamy. Jak będzie dobrze wyrobione, to odstawiamy do wyrośnięcia. Im dłużej zagniatamy tym bardziej puszysty i wyrośnięty będzie chleb. Po wyrośnięciu jeszcze raz zagniatamy, układamy w wysmarowaną masłem keksówkę lub na oproszoną mąką podkładkę, odstawiamy aby trochę podrosło i do pieca. Pieczemy niecałą godzinę w ok.190st.



Wczoraj baza zmodyfikowana - mąka pszenna pól na pól z mąką razową żytnią, do tego słonecznik i suszone pomidory....mmm...

2010/08/12

Kuchennie, aromatycznie i graficznie

Tak właśnie dziś jest w moim wpisie i w moim domu...

Początek dnia fantastyczny, rano spacer z dziećmi - odprowadziliśmy córcię do przedszkola - potem z Antkiem na targ po świeże warzywa i owoce na kolejną partię przetworów i do ogrodnika - przytargałam do ogrodu kolejne 3 donice z lawendą - dziś będę sadzić - i świeżutkie obłędnie pachnące zioła!
Pachnie w całej kuchni i salonie, rozmaryn i bazylia - mój parapetowy kuchenny ogródek ziołowy znów tętni życiem:) Jest rozmaryn, mięta, oregano i trzy rodzaje bazylii - tradycyjna, grecka i cynamonowa - zapach tej ostatniej przywraca o zawrót głowy - mocny, intensywny, lekko pikantny...mmmm...delicje.




Teraz zabieram się za przetwory - na pierwszy ogień - z racji uzupełnionego ziołowego ogródka - aromatyzowane oleje z przepisu MariaPar z Zielonego Kuferka (błagam pomóżcie, jak się podlinkowuje nazwy blogów, bo całkiem się pogubiłam? Już wiem - dzięki Mireczko!:)).
I tak powstał olej do mięs - z oleju słonecznikowego, rozmarynu, całego pieprzu tricolor i czarnego oraz czosnku, oraz olej do sałatek - z oleju rzepakowego z pierwszego tłoczenia oraz gałązki bazylii greckiej, ziół prowansalskich, pieprzu tricolor i czosnku...Teraz oleje pysznią się na kuchennym okapie, a mi pozostaje tylko czekać na kolejnego grilla, żeby wypróbować te cuda!




Dziś będzie pracowity dzień w kuchni - zamierzam zrobić przecier ogórkowy kiszony, suszone pomidory i marynowaną cukinię. Jutro mam nadzieję będę mogła zdać sprawozdanie z moich dzisiejszych kuchennych wariacji:)

Nadszedł też czas na pochwalenie się początkiem mojej wymarzonej serii arabeskowej, której chęć posiadania tak na prawdę skłonił mnie do zabawy z decoupagem. Na pierwszy ogień poszły stare "tesco'we" podkładki pod kubki i talerze. Zdarłam stary nadruk z połuszczoną folią (co zakończyło się zepsuciem starej dziesięcioletniej już, aczkolwiek zasłużonej szlifierki), pomalowałam na biało, nakleiłam motyw arabeskowy z serwetki i zaczęło się - lakierowanie, lakierowanie, lakierowanie (...) ścieranie, lakierowanie...itd.
Nareszcie są!!!!! I strasznie cieszą moje oko:)





W trakcie tych żmudnych prac są jeszcze duże podkladki pod talerze.

Niejako przy okazji powstała misa z arabeskowym lekkim wzorem - użyłam środkowej warstwy chusteczki, wygląda na taki "sprany" nadruk - bardzo mi się podoba...misa walała się przez dwa lata jako pozostałość po żywej kompozycji kwiatowej otrzymanej z okazji moich urodzin i była w mdłym seledynowym kolorze...





No dobrze, zmykam odebrać mojego przedszkolaka i "potanczyć" w kuchni:)

Miłego dnia!!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka